Beztroskie wakacje pod żaglami 2GO – delfiny, żółwie morskie i Atlantyk

Rafał Olszański | GRUPA WOLFF

Połowa wakacji za nami. Niektórzy mają urlop już za sobą, inni niecierpliwie czekają na jego nadejście – przecież w każdej branży musi być też czas na odpoczynek:) Dzisiaj opowiemy Wam historię rejsu po Atlantyku, w którym uczestniczył jeden z naszych kolegów. Gotowi?

Grudzień. Śnieg i mróz. Zima w całej krasie za oknem, a tu kolega pisze: „Słońce, ciepły wiatr, plaże na wyspach pod palmami… popłyniesz jachtem?”. I jak tu nie rozpocząć planowania wyprawy? Tak zaczyna powstawać plan rejsu z sakramentalnymi pytaniami: Skąd? – Puerto Garachico na Teneryfie. Dokąd? – Puerto de Benalmadena na kontynencie (malownicza marina poniżej Malagi). Ekipa: 3 załogantów + kapitan. Ramy czasowe: około 2 tygodni. Kobiety w załodze: brak. Ze względu na charakter rejsu – sezonowa zmiana akwenu – tak zwany przelot oraz brak żeńskiej części załogi znakomicie upraszczają całość przedsięwzięcia. Na pewno nie padną pytania: „Daleko jeszcze do prysznica?” albo: „A kiedy będziemy zwiedzać…? Wciąż tylko ocean i ocean…”.

Plan nabiera kształtów. Po potwierdzeniu terminu i lokalizacji zaczynam poszukiwanie lotów. Sprawa okazuje się prosta: Berlin Schonefeld – Teneryfa Reina Sofia (lotnisko na południu wyspy) i na powrót: Malaga – Berlin. Logistycznie i cenowo jest to optymalne rozwiązanie dla całej trójki załogantów. Kolejny krok to sprawdzenie prognoz pogody, jakiej możemy się spodziewać w terminie rejsu w tej części świata, a zwłaszcza siły i kierunku wiatrów. I właśnie to decyduje o trasie przelotu – z Teneryfy na północ w kierunku Madery i następnie z północnego wschodu w kierunku Gibraltaru. Długoterminowe prognozy są podobne – o tej porze roku wiatr powinien nam sprzyjać. Temperatury: na lądzie 25 stopni Celsjusza i jeszcze więcej na plaży, w wyższych partiach wysp 15 stopni oraz opady (jak to w górach na oceanie), a na samym oceanie – zależnie od pogody: przy bezwietrznej upał, a przy wietrze około 15 w dzień i od 5 do 10 stopni Celsjusza w nocy. Jacht o nazwie 2GO sprawdzony w rejsach oceanicznych Baltic 38 Custom, o długości niecałych 12 m, szerokości 4 m i 2 m wysokości kadłuba, jest pod dowództwem kapitana i zarazem właściciela jednostki. Nie jest to mój pierwszy rejs na 2GO, więc odpada element zaskoczenia i niepewności wywołany zupełnie nową i nieznajomą jednostką. Zainteresowanym polecam lekturę strony www.happysailing.pl, gdzie Natalia i Adam prezentują swój dom na wodzie, czyli wspomniany jacht 2GO.

Dzień wylotu: 22.04.2017, godz. 12.40
Start z Berlina poprzedzony nocną akcją pakowania bagaży, pobudką o 05.00 i podróżą na lotnisko Schonefeld pod Berlinem. Lot nieznacznie opóźniony (czym jest 20 minut w porównaniu z 9 godzinami, jakie nam Ryanair, przepraszam – mgła nad Modlinem zafundowała podczas poprzedniego rejsu). Niecałe 6 godzin w samolocie i lądujemy około 18.00 na Teneryfie. Zaczynamy WAKACJE!

23.04.2017 godz. 10.00 – do celu 1100 NM
Pada komenda: „Silnik start, cumy na pokład, odbijacze do bakisty i kurs na północ w kierunku archipelagu Madery”. Pogoda jest słoneczna, wieje lekki wiatr wywołany ruchem powietrza wokół Teneryfy (wulkan Pico del Teide o wysokości ponad 3700 m n.p.m. tworzy własną pogodę, zmieniając kierunek wiatrów), zatem pierwsze godziny żeglugi upływają pod żaglami w umiarkowanym wietrze i zafalowaniu. Po minięciu północnego krańca wyspy wiatr zgodnie z prognozą zamiera, więc zwijamy fok, pozostawiając grot, i odpalamy silnik, co pozwala nam płynąć z prędkością około 5 węzłów wytyczonym kursem. Przed nami około 300 mil morskich, czyli 3 doby żeglugi. Przez pierwszą dobę możemy podziwiać majestatyczne zachody i wschody słońca przy oceanie wyglądającym jak rtęć.

Drugiego dnia przy lustrzanej, spokojnej wodzie dostrzegam coś unoszącego się w niej na bakburcie i po podpłynięciu okazuje się, że to żółw morski śpiący sobie na powierzchni wody. Gdy zbliżyliśmy się do niego, usłyszał silnik i zaczął się zanurzać – na szczęście udało się zrobić zdjęcie. Pierwszy raz w życiu miałem okazję oglądać stworzenie zagrożone wyginięciem. Po południu przypływają delfiny i przez niemal godzinę wesoło śmigają wokół dziobu – fotografowaniu nie ma końca.

24.04.2017 – do celu 1001 NM
To nasz cały pierwszy dzień na oceanie. Na horyzoncie chmury i nic więcej wokół. Wiatr dalej nie sprzyja, więc towarzyszy nam warkot silnika. Mamy też pasażera na gapę – na pokładzie przysiadł wycieńczony gołąb, szukając odpoczynku, i przez ponad dwie godziny czujnie się nam przyglądał. Chyba myślał: „Zjedzą mnie, czy nie zjedzą”. Gdy odpoczął, przy okazji zanieczyszczając nam pokład, odleciał w poszukiwaniu lądu. Dla porządku wspomnę kolejną wizytę delfinów, majestatyczny widok lustrzanego oceanu i nieba przy zachodzącym słońcu.

Przede mną nocna wachta. Opiszę w tym miejscu paroma słowami rejsową rutynę. O 22.00 zaczyna się nocna wachta, która trwa do wschodu słońca (ok. godz. 05.00). Jeden z nas musi być na pokładzie i pilnować, czy nie zmienia się pogoda, czy na horyzoncie nie pojawią się światła zwiastujące statek płynący z dużą prędkością (około 25 węzłów), inny żaglowiec lub nieoczekiwane (i niepożądane) przeszkody w postaci dryfujących pni, kontenerów (raporty wskazują na kilkaset sztuk utraconych przez statki) i duże ssaki morskie. Wieloryby na wodach wokół Kanarów spotkałem dwukrotnie. Przez wody, po których płyniemy, biegną kanały żeglugowe, wiatr może zmienić siłę i kierunek w przeciągu 10 minut, więc pomimo niechęci do trzymania nocnej warty po całym dniu wypełnionym aktywnością trzeba przezwyciężyć senność i przetrwać do wschodu słońca. Ale za to jest nagroda – magia budzącego się poranka.

Tej nocy około godziny 02.00 wielki niż zalegający nad północnym Atlantykiem (który będzie nam towarzyszył całą drogę) wywołał stabilny wiatr wiejący na północ, pozwalając załodze na odpoczynek od warkotu motoru oraz na żeglugę w pełnym wietrze przy żaglach „na motyla”.

25–26.04.2017 – Funchal Madera – do celu 820 NM
Późnym popołudniem cumujemy w marinie Funchal na portugalskim archipelagu Madery. Pierwszy etap podróży za nami. Załoga w komplecie i w doskonałych nastrojach. Wita nas jednak rzęsisty deszcz na zmianę ze słońcem – i tak co godzinę. Mokro, zimno, fado – Portugalia.

Następnego dnia po porannym spacerze po centrum (rozpoznanie, gdzie jest market, wypożyczalnia samochodów i fajne knajpy z owocami morza) ruszamy na zwiedzanie wyspy. Deszczowa pogoda pozostaje na wybrzeżu i po pokonaniu pierwszych 300 metrów towarzyszy nam słońce. Pierwszy przystanek – dom, w którym od grudnia 1930 roku do marca 1931 żył Józef Piłsudski. Na pomnik Naczelnika trafiamy później na deptaku przy starówce. Dalej trasa prowadzi do punktu widokowego z urzekającymi skałami w oceanie. Po drodze możemy podziwiać malownicze wioski wciśnięte w strome stoki tryskające zielenią (określenie „wyspa wiosny” idealnie tutaj pasuje), wodospady płynące ze szczytów – czasem wprost na drogę, kręte drogi otwierające się na panoramę wulkanicznych gór lub klifów i oceanu oraz urokliwe miasteczka z domami z ceglastą dachówką. Kilkugodzinną wycieczkę kończymy na dużych zakupach, uzupełniając prowiant na następny sześciodniowy rejs, a dzień wieńczy nocny spacer po starówce Funchal. Znajduje się tam wąska uliczka, na której każde drzwi są ozdobione kolorowymi malunkami i rzeźbami. Następnie kolacja i tuż po północy, po wymeldowaniu się w kapitanacie mariny odbijamy w krótki nocny rejs na sąsiednią wyspę Porto Santo.

28.04.2017 – Porto Santo Madera – wyspa zwana plażą Portugalii
Po 40 milach morskich żeglugi (na silniku, bo wiatr sobie gdzieś „odleciał”) dobiliśmy do spokojnej wysepki zwanej Porto Santo. Słoneczna, ciepła pogoda i przyjemna marina pozwalają odpocząć dobę przed najdłuższym etapem naszego rejsu: Madera – Gibraltar. Po analizie prognozy i modeli dalszego przemieszczania się wielkiego niżu w kierunku północno-wschodnim ustalamy, że naszym celem jest hiszpański port Ceuta w Afryce, zamiast „Skały” w Gibraltarze. Ale najpierw odpoczynek. Wyspa Porto Santo słynie z pieszych szlaków turystycznych. W dużej części jest rezerwatem przyrody – od wschodniej strony strojna w piaszczyste plaże, a od zachodniej w malownicze klify. To idealne miejsce na tygodniowy wypad dla spragnionych słońca, spokoju i przyrody. Ponadto wyspa posiada własny port lotniczy – łatwo o skomunikowanie się z kontynentalną Portugalią. Nasza załoga poprzestaje na pieszej wycieczce do pobliskiego miasteczka Vila Baleira i spędzeniu czasu w lokalnej portowej knajpce z fantastycznym żarciem. Nabieramy siły przed następnym etapem rejsu.

29.04.2017 – do celu 780 NM
Ostatnie śniadanie na lądzie. Po formalnościach w kapitanacie odbijamy. Pogoda słoneczna. Wiatr, który poprzedniego dnia dość intensywnie przybierał na sile, słabnie wraz z odsuwaniem się frontu chmur z wielkiego niżu. Obieramy kurs w kierunku północno-wschodnim ku północy, zgodnie z wiatrem. Przed nami 680 mil morskich, czyli około 6 dób na oceanie. Uzupełniliśmy paliwo na wypadek, gdyby z braku wiatru lub przy niekorzystnych warunkach (wiatr i fala od dziobu) droga zeszła nam na silniku, co skutkowałoby znacznym wydłużeniem rejsu oraz zmęczeniem załogi.

Życie wraca do rutyny rejsowej: wacht, gotowania posiłków, podziwiania widoków, rozmowy o żeglarstwie, żaglach, manewrach i czynnościach, jakie trzeba wykonać w różnych sytuacjach z żaglami czy silnikiem. Różnorakie atrakcje w postaci improwizowanego prysznica na pokładzie, wizyty delfinów, żółwie morskie, statki przepływające w różnych kierunkach (o dziwo na wszystkie trafiliśmy za dnia), drobne naprawy… Jeszcze długo można by wymieniać..

Jacht w zasadzie płynie cały czas kierowany samosterem, obojętnie czy na silniku, czy pod żaglami, dając złudne poczucie komfortu oraz beztroski – nie ma potrzeby ciągłego pilnowania koła sterowego. Żegluga sprowadza się do obserwacji horyzontu, pozycji na GPS oraz ploterze (to taka morska nawigacja) i do śledzenia zmian kierunku i siły wiatru oraz fal. Głębokościomierz pokazuje błąd, co znaczy, że pod kilem mamy z 2000 m wody – na skały nie wpłyniemy.

Poszczególne dni mijają podobnie. To kolejne zmiany wacht, kursu, stawiania bądź zwijania żagli, uzupełniania paliwa w zbiorniku oraz liczenia mil morskich za plecami.

Drugiego dnia wiatr zmienił kierunek na niekorzystny dla naszego kursu (wielki niż zaczął przesuwać się ku południu), co zmusiło nas do ucieczki w kierunku południowo-wschodnim w kierunku wybrzeży Maroka, znacznie poniżej portu Rabat. Po jednym dniu żeglugi takim kursem zwinęliśmy żagle i na silniku ruszyliśmy z powrotem w kierunku północno-wschodnim na Gibraltar i już niemal do końca, ze względu na wiatr wiejący od dziobu, jako napęd pozostał nam tylko silnik.

Gdy zbliżaliśmy się do Cieśniny Gibraltarskiej, pogoda zaczęła dawać mocno się we znaki. Wiatr od dziobu rozwinął dość wysoką, około 3 m falę zalewającą cały pokład od dziobu po rufę. Do Ceuty zostało około 12 godzin żeglugi. Jest godzina 17.00, więc do portu dopłyniemy około 05.00 rano. Przed nami ciężka wachta ze względu na zimny wiatr, bryzgi fal przelatujące nad całym kadłubem co kilkadziesiąt sekund. Poza tym noc i ruch w cieśninie. Przecinaliśmy trasę podejścia do cieśniny dla statków płynących przez Atlantyk i z Kanarów, bardzo ruchliwy port Tanger w Maroku oraz lokalny ruch kutrów połowowych wzdłuż wybrzeża. Silne zafalowanie uszkodziło takielunek jachtu – pękło ucho na wózku mocującym, tzw. baby sztag – stalową linę do rozwijania sztormowego żagla. Na szczęście była to jedyna awaria, dość szybko zauważona przez wachtowego i nie wpływająca na naszą żeglowność – baby sztag nie był nam potrzebny w tym momencie. Po wielu przygodach ze statkami, które pływały wokół, światłami, które migały nie tam, gdzie trzeba, walce z wiatrem i falą, wpłynęliśmy do zatoki prowadzącej do portu Ceuta. Wejście do portu oznacza pobudkę dla całej załogi – każdy ma jakieś zadania do wykonania i na komendę „wszystkie ręce na pokład” zaczynamy przygotowania do podejścia.

Ceuta to zamorska kolonia Hiszpanii, bardzo ruchliwy port, dobrze strzeżony przez marynarkę Hiszpanii, wymagający zaopatrzenia w paliwo 4 lub 5 razy dziennie, połączony z kontynentalną Hiszpanią promami kursującymi co godzinę. Podczas dobijania do portu operację wejścia lub wyjścia wykonywały 3 duże statki, więc było co obserwować i czego słuchać przez radio. Przy brzasku poranka zacumowaliśmy w centrum mariny Herkules.

04.05.2017 Ceuta – wybrzeże Afryki
Po szczęśliwym sześciodniowym rejsie jesteśmy na lądzie. W pierwszej kolejności naprawiamy takielunek. Potem odpoczywamy i zwiedzamy zabytkową części Ceuty – wielkiej hiszpańskiej twierdzy, podobno nigdy niezdobytej przez obce wojska. Powoli dociera do nas, że to już prawie koniec rejsu.

05.05.2017 – do celu 100 NM
Wczesnym przedpołudniem odbijamy z Ceuty i obieramy kurs w poprzek cieśniny Gibraltar, kierując się dokładnie na okno, w którym ruch poprzeczny jest dozwolony. W przeciągu 3 lub 4 godzin mija nas około 30 statków płynących równolegle przez cieśninę – było je widać na horyzoncie jeden za drugim jak paciorki. Skałę Gibraltaru możemy podziwiać w odległości 6–8 mil morskich z bakburty. Nasz cel to Cala Chullera – malownicza zatoka z plażą, przy której zamierzamy zakotwiczyć i przenocować, a o poranku popłynąć na ląd dinghy na śniadanie w barze na plaży. Następnie czeka nas spacer i leniuchowanie w słońcu.

06.05.2017
Po przyjemnym dniu na plaży kierujemy się do Puerto de Estepona i po nocy spędzonej w marinie ruszamy w ostatni etap rejsu.

07.05.2017 – jesteśmy u celu
Cumujemy w Puerto de la Benalmadena. To ostatnia noc na jachcie. Następnego dnia ląduje kolejna ekipa, więc od rana pakowanie, sprzątanie całego jachtu, wyokrętowanie, ostatnie piwo w towarzystwie Kapitana, a późnym popołudniem ruszamy taksówką do Malagi.
Jak wygląda ocean i żegluga w dzień, a jak w nocy
Przy całkowitym braku źródeł światła z lądu, z wyjątkiem gwiazd i księżyca (ten wschodził około godziny 03.00 i był akurat w nowiu, gdy zaczynaliśmy rejs), ocean, żegluga i własne odczucia są zupełnie inne. Ocean się słyszy, nie widać kierunku zafalowania, horyzont kończy się tuż przed dziobem, a wyobraźnia podpowiada krakeny, wraki i czających się wkoło piratów. Na dodatek czas wachty upływa powoli. Część nocnych dyżurów spędzamy we dwóch – zależnie od chęci i stopnia wyspania załogi – jest zdecydowanie raźniej. Jak już wzrok przywyknie do nocnego światła, to uwagę przykuwa plankton rozbłyskujący w kilwaterze jachtu i na falach rozcinanych przez dziób. Są to króciutkie rozbłyski fluorescencji, czasem przechodzące w większy rozprzestrzeniający się niczym podwodna pajęczyna wybuch, gdy plankton zostaje trącony przez ryby uciekające przed drapieżnikiem.

W dzień z kolei można podziwiać oceaniczne fale. Niektóre z nich mogą być imponujących rozmiarów. Przykładowo mała i ciągła fala wywołana wiatrami wiejącymi w promieniu 50 mil morskich ma około 1,5–2 metrów wysokości. Raz na 20 lub 30 takich fal pojawiają się wywołane wiejącym gdzieś daleko silnym wiatrem – przykładowo 200 lub 300 mil morskich na północ od naszej pozycji sztormem. Pozostałością po nim były fale przesuwające się przez ocean niczym góry z prędkością 10–15 węzłów i wysokie na 6–8 metrów. Znajdując się na pokładzie pomiędzy dwoma takimi falami odnosi się wrażenie, jakby jacht był w dolinie o ścianach wyższych od masztu, po chwili wpywa na szczyt takiej góry wody i łagodnie z niej ześlizguje w następną dolinkę. Dla niewprawionych choroba morska murowana.

1100 mil morskich w 15 dni, trzy wyspy, dwa kraje, dwa kontynenty, 6 portów, doskonała pogoda, 75% rejsu pod żaglami, wesoła ekipa załogantów i wszechogarniający łódkę, ocean i porty Kapitan oraz doskonała zabawa – serdecznie polecam każdemu, kto na wakacjach nie lubi siedzieć w jednym miejscu.

UWAGA: wielki niż, który przewijał się przez całość niniejszego materiału, miał istotny wpływ na pogodę w Polsce – w nocy z 9 na 10 maja dotarł do Polski i odepchnął zimny wyż z północy, przynosząc ocieplenie.

Odbierz rabat -10%
Na szkolenia i konferencję nt. bezpieczeństwa wybuchowego i procesowego (zniknę za 10 sek.)